EU opinion & policy debates - across languages | BlogActiv.eu

Telefon od Kissingera

Na pytanie, czy w 40-milionowym kraju trudno byłoby znaleźć jedenastu przyzwoitych kopaczy futbolówki, nie sposób odpowiedzieć jednoznacznie. Nierzadko bowiem okazuje się, że jest to w rzeczywistości zadanie problematyczne. Na pytanie, czy wśród 500 milionów obywateli Unii Europejskiej trudno byłoby znaleźć kogoś kompetentnego, kto mógłby stanąć na czele unijnej dyplomacji, odpowiedź jest już o wiele prostsza. Mimo, iż Catherine Ashton pasuje do swej roli jak świni siodło, od ponad 3 lat sprawuje urząd Wysokiego Przedstawiciela UE ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa, wnosząc swój wkład w porażki prowadzonej przez Brukselę polityki zagranicznej. I choć nie wie czym jest Gazociąg Północny, a Partnerstwo Wschodnie to dla niej bardzo, bardzo istotna kwestia, skrupulatnie wypełnia misję, jaką powierzył jej Berlin i Paryż. Po prostu jest. I to by było na tyle.

Herman Van Rompuy zdaje się nie być postacią aż tak barwną. W przeciwieństwie do lady Ashton nie zapisał na swoim koncie ani romansu z komunistami, ani sprzeciwu wobec idei Unii Europejskiej. Nie sposób doszukać się również na przestrzeni ostatnich trzech lat spektakularnych wpadek z jego udziałem. Problemem może okazać się właściwie odszukanie czegokolwiek, co predestynowałoby Van Rompuya do pełnienia funkcji unijnego szefa wszystkich szefów. Zanim otrzymał fotel Przewodniczącego Rady Europejskiej, jego największym osiągnięciem było sprawowanie urzędu premiera Belgii, i to zaledwie przez dziewięć miesięcy. I chociaż w rolę solidnego eurokraty wciela się całkiem udanie, nie jest i nie będzie on jednak nigdy osobą, przy udziale której zapadać będą kluczowe dla Unii decyzje. Gdyby bowiem doszukiwać się podobieństw łączących Ashton i Van Rompuya, należałoby się przede wszystkim zastanowić nad tym, kto z nich posiada mniejsze zaplecze polityczne i jeszcze bardziej wziął się znikąd.

Jak wynika z oficjalnych wypowiedzi, zarówno Catherine Ashton jak i Herman Van Rompuy nie będą się ubiegać o kolejną kadencję na obecnych stanowiskach. Nie oznacza to jednak wcale, że ich miejsca zajmą ludzie, których profil nie pozostawiałby wiele do życzenia. Wręcz przeciwnie. Jak pokazała sytuacja z 2009 roku, reprezentacja Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej równie dobrze mogłaby przypaść ministrowi do spraw zasobów i spraw wiejskich Malty. I nie oznacza to również, iż brak jest w całej UE polityków, którzy z powodzeniem mogliby kierować unijną polityką zagraniczną. Charyzmatyczny szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski czy też powszechnie szanowany Sekretarz Generalny NATO Anders Fogh Rasmussen to tylko nieliczni z nich. Dopóki jednak partykularne interesy poszczególnych państw członkowskich, zwłaszcza głównych graczy na politycznej scenie, czyli Niemiec i Francji, brać będą górę nad wspólnym interesem UE, pogrążony w recesji Stary Kontynent reprezentować będą polityczne miernoty.

Z drugiej jednak strony ledwie sześć kucharek wystarczy, żeby do jedzenia nie znalazło się nic. Trudno się więc dziwić, że dwadzieścia siedem miejsc przy jednym stole to nie lada wyzwanie. Priorytety polityki zagranicznej Cypru niekoniecznie pokrywać się będą z działaniami Londynu, chociaż niestrudzeni tropiciele spisków z pewnością odnaleźliby w obu przypadkach ślady imperialnych knowań Kremla. Szefem unijnej dyplomacji nie zostanie raczej ani Władimir Putin, ani papież Franciszek, mimo, iż obaj dysponują świtą o wiele sprawniejszą niż zardzewiała brukselska machina. Jeżeli więc na czele Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych raz kolejny stanąć ma polityk pozbawiony „pozycji”, warto by został nim chociażby ambitny Stefan Fule. W przeciwnym wypadku Kissinger znów nie zadzwoni do Europy, aby spytać o zdanie unijnych przywódców. Nie zadzwoni, bo nie będzie wiedział do kogo.

 

Tekst został najpierw opublikowany na portalu UniaEuropejska.org

Author :
Print
EurActiv Network